h1

Lepiej z “Kwachem”

październik 13, 2007

“Lepiej z Kwachem wypić flachę, niż z Kaczyńskim iść pod pachę” – taka rymowanka krąży ostatnio w internecie. Wbrew pozorom, nie jest to tylko wygłup jakiegoś internauty, czy deklaracja zwolennika Kwaśniewskiego, a wyraz stosunku części wyborców do rządów Kaczyńskiego.
I muszę przyznać, że odzwierciedla mój stosunek do tej ekipy. Bo choć nie wypiję “flachy” z “Kwachem”, to na pewno nie pójdę “pod pachę” z Kaczyńskimi. Nie głosowałem i nigdy nie zagłosuję na ich partię. Dlaczego? Powodów jest wiele, ale skoncentruję się na jednym.

Jarosław Kaczyński nie jest człowiekiem, który potrafi cokolwiek zbudować. On tylko burzy i konfliktuje społeczeństwo. Nie jest w stanie stworzyć żadnej konstruktywnej koalicji. Tak było zawsze. Poróżnił nawet członków własnej partii PC. To człowiek będący w ciągłej opozycji, a jego celem jest walka.

Będąc w opozycji parlamentarnej walczył z władzą. Sprawując władzę skoncentrował się na walce z opozycją, bo tak rozumie sprawowanie władzy i nic innego nie potrafi.
Co było jego sztandarowym hasłem w drodze po władzę? Walka z “układem” i korupcją, a nie likwidacja tych patologii.
Jeśli nie ma żadnego “układu”, to trzeba go wykreować. Jeśli nie ma afery korupcyjnej, trzeba przeprowadzić prowokację. W przeciwnym razie, jaki jest sens jego rządów (czytaj walki)?

Czy w interesie koncernów samochodowych jest ograniczenie wydobycia ropy naftowej?
Czy celem producentów broni jest powszechne rozbrojenie i utrzymanie pokoju na świecie?
Czy adwokatom w sporze sąsiadów o miedzę zależy na zakończeniu sprawy w trakcie pierwszej rozprawy sądowej?

W interesie Kaczyńskiego nie jest likwidacja korupcji.
Co innego, jeśli nie “walczyć”, mógłby robić Kaczyński? Czy czegoś w życiu dokonał? Czy coś stworzył? Czy przepracował choćby jeden dzień w swoim życiu, jak przeciętny obywatel?
Polityka, jak to kiedyś stwierdził Jerzy Andrzejewski, nie jest pracą. Jest zajęciem, stwarzaniem sytuacji, a nie wartości.

Kaczyński walkę uczynił sensem całej swojej działalności politycznej i walczył. A to z Wałęsą, a to z “komuną”, wreszcie z “postkomuną”, ubekami, czy “sowieckimi agentami”. Po latach “walki”, dążąc do zdobycia władzy przekonał się, że nie tędy droga.
Walki personalne nie przynoszą oczekiwanego rezultatu i nie są akceptowane przez społeczeństwo, komuny już nie ma (czy w ogóle kiedykolwiek poza latami powojennymi była?), a “postkomuna”? Określenie nieprecyzyjne i nie do końca zrozumiałe.
Jedynym akceptowanym przez ogół społeczeństwa “przeciwnikiem” jest korupcja i szerzej – przestępczość. I walkę z tą patologią uczynił Kaczyński swoim wyborczym hasłem.
“Ciemny lud” to kupił, Kaczyński zdobył upragnioną władzę.
Ostatnio spodobało mu się określenie “oligarchia”, bo wg niego jest przeciwieństwem hasła “solidarne państwo”. Powiększył więc grono swoich przeciwników o “oligarchów”.

I cóż się dzieje?
Ano, widzimy co pewien czas jak w świetle jupiterów, przed kamerami, agenci CBA, czy CBŚ wyprowadzają kogoś w kajdankach. Raz jest to skorumpowany urzędnik państwowy, innym razem lekarz, lub członek “grupy trzymającej władzę”.
I co z tego wynika? Nic, absolutnie nic. Rzekomo ma być to dowód na dotrzymywanie składanych przez Kaczyńskiego obietnic.

Czy aresztowanie skorumpowanego urzędnika państwowego zlikwiduje korupcję w urzędach?
Czy aresztowanie lekarza spowoduje, że pacjenci przestaną płacić za przyjęcie do szpitala i przeprowadzenie zabiegu?
Dopóki nie zostanie zlikwidowany “stan zapalny”, walka z objawami choroby nie ma sensu. Nawet najwspanialszym kremem nie zlikwiduje się przyczyny wysypki.

Przed dojściem do władzy Kaczyńscy walczyli z rzekomym przerostem administracji państwowej i obiecywali jej ograniczenie. Obiecywali także “tanie państwo”.
Obiecywali również zreformowanie służby zdrowia i pełną dostępność opieki medycznej.
I co się stało?
Administracja państwowa została rozbudowana, a wydatki na jej utrzymanie wzrosły do niespotykanych dotąd rozmiarów.
Lekarze masowo składają wymówienia, likwidowane są szpitale, a pacjenci ewakuowani do innych placówek, odległych o kilkadziesiąt, czy kilkaset kilometrów.
A gdzie przede wszystkim kwitnie korupcja? Co jest owym “stanem zapalnym”?
Właśnie rozbudowywana przez ekipę Kaczyńskiego administracja i niereformowana, źle opłacana służba zdrowia.

A co robi Kaczyński? Czy próbuje likwidować przyczyny korupcji u jej źródła?
Nie, konfliktuje społeczeństwo. Winą za katastrofalny stan służby zdrowia obarcza personel tejże służby zdrowia.
Pokazuje wyprowadzanego w kajdankach lekarza, a protestujące pielęgniarki domagające się godnego wynagrodzenia za wykonywaną ciężką pracę traktuje jak przestępczynie łamiące prawo, z którymi nie będzie rozmawiać. Z zaostrzenia protestu kpi twierdząc, że niezjedzenie kolacji nie jest żadną głodówką.

A co mógłby zrobić?
Likwidowanie korupcji mógłby zacząć od redukcji administracji państwowej i ograniczenia kompetencji urzędników, od reformy systemu opieki zdrowotnej.
Mógłby? Nie, on tego nie potrafi, nie ma żadnej koncepcji likwidacji patologii, z którymi “walczy”. Zresztą nie jest to w jego interesie. Chodzi o “walkę” z korupcją, a nie o jej zlikwidowanie.
Jarosław Kaczyński potrafi tylko “walczyć”. “Walka” i przeciwnik (realny, lub wykreowany) uzasadnia jego istnienie w polityce.

Nie zagłosuję na tego człowieka. Nie zagłosuję na jego partię, którą zebrał dla realizacji własnych, chorych ambicji. Nie zagłosuję na ludzi, którzy dla realizacji własnych interesów gotowi są na każdą podłość i po wyborach mają w głębokiej pogardzie społeczeństwo i sprawy kraju.

h1

“Władzy raz zdobytej nigdy nie oddamy!”

październik 9, 2007

“Kto zna tylko jedną prawdę, musi wiele kłamać.” – Gabriel Laub

Przez dwa lata było świetnie i jest świetnie – jak mantrę powtarza prześwietny Jarosław. A będzie jeszcze świetniej. Pod jednym wszakże warunkiem. Musi mieć władzę absolutną. Bez żadnych “przystawek”, “pomocników” i innych krasnali, które przez dwa lata sikały mu do mleka, a teraz podnoszą rękę na Polskę, ośmielając się w “chamski sposób” krytykować jego rządy.
Przecież każdy widzi, że ze swoich przedwyborczych obietnic wywiązał się z nawiązką. A jeśli ktoś rozpowszechnia “bezczelne kłamstwa”, że jest inaczej, jest wrogiem Polski.

Że co? Że fiasko 3 milionów mieszkań? Toż to kolejna bezczelność, żeby jego tym obciążać. To nie on odpowiadał za budownictwo. To wina tej wrednej Samoobrony, tych warchołów, którzy wdarli się do rządu i przejęli resort budownictwa.

Że tylko 7 kilometrów autostrad? Przecież to “oczywista oczywistość”, że winę ponosi PO i postkomuniści powiązani z mafią i oligarchami. Gdyby nie oni, to ho,hoo… Albo jeszcze więcej.
Ale my z nimi zrobimy porządek. Dlatego musimy rządzić samodzielnie. I nikt nas z raz obranej drogi “moralnej rewolucji” nie zawróci.

Fatalna polityka zagraniczna? To już naprawdę szczyt bezczelności. Przez dwa lata musieliśmy podnosić się z klęczek po polityce poprzednich ministrów (czytaj – w “skrócie myślowym” – sowieckich agentów). Teraz dopiero świat zacznie się z nami liczyć.
A że źle o nas piszą? Bo to są wrogowie naszej “rewolucji moralnej”, którzy – chcąc nas powstrzymać w drodze do świetlanej IV RP – w “skrajnie fałszywym” świetle przedstawiają sytuację w kraju, a każda krytyka poczynań rządu, to woda na ich młyn.

Irak i Afganistan? Przecież to nie my wysłaliśmy naszych żołnierzy. To postkomuniści. A my nie jesteśmy tchórzami i nie będziemy dezerterować z pola bitwy. A w ogóle jesteśmy tam z misją pokojową i pozostaniemy tak długo, jak długo będzie nas tam potrzebował nasz Wielki Brat.

Że Polacy wyjeżdżają z kraju w poszukiwaniu pracy? Przecież zawsze wyjeżdżali. Ale za to spada nam bezrobocie, co jest “oczywistym” naszym sukcesem.

Miało być tanie państwo? Oczywiście, że jest, ale bez przesady. Jesteśmy dużym krajem i nie będziemy z siebie robić dziadów. Dość tego dziadostwa.

Dość już tej kłamliwej, chamskiej krytyki. Ja jestem wielki, ja jestem mądry, jestem wspaniały. Tylko ja wiem jak naród uszczęśliwić. Wyborcy muszą to przyjąć do wiadomości, bo jest to “oczywista oczywistość” i nie mają wyjścia, bo alternatywą jest “13-ty grudnia” (to oczywiście taki “skrót myślowy”).
Nie po to w 2005 roku brat meldował mi “wykonanie zadania”, żeby raz zdobytą władzę oddawać naszym przeciwnikom. “TKM” nadal obowiązuje.

h1

Słuchaj hołoto, jakim Tusk jest chamem

październik 7, 2007

Słuchaj “hołoto”.  Słuchajcie wszystkie “bure suki”, “ścierwojady”, “dziady”, “pijacy”, wszystkie “małpy w czerwonym”. Słuchaj “ciemny ludu”.

“- Dzisiaj zostałem porównany do Urbana, przedtem byłem porównywany do Gomułki przez pana Niesiołowskiego.”
(…)
“- Donald Tusk wprowadził do polskiego życia publicznego fatalne obyczaje, straszliwą agresję i chamstwo, które już nie omija nikogo”.
(…)
“- Można w tej konkurencji bić kolejne rekordy, tylko że to strasznie szkodzi. – To nie szkodzi PiS, nie szkodzi mnie – ja się z tego śmieję. To szkodzi Polsce.”

Przecież to jest “oczywista oczywistość”, że ktokolwiek zaczepi któregokolwiek z braci, podnosi rękę na Polskę i jest to “straszliwa agresja” i “niesłychane chamstwo”.

A przy okazji Panie dr Kaczyński – porównać można z kimś, a nie do kogoś. Do Gomułki lub Urbana można Pana przyrównać.

h1

To już nie żarty – “zabierzmy im brzytwę”

październik 6, 2007

Miałem szczery zamiar ignorować Zbigniewa Z. i nie wypowiadać się na jego temat, ale jak słyszę bezczelne wypowiedzi tego faceta, nerwy mi puszczają.
Gdyby był osobą prywatną, pół biedy. Słysząc głupoty jakie wygaduje “w telewizorze” (a ma wyjątkowe parcie na szkło), można by wzruszyć ramionami i przełączyć na inną stację. W końcu nie on jeden na wizji “mija się z prawdą” i cynicznie próbuje przerzucić swoje winy na innych.
Problem jednak w tym, że on nie jest jakimś panem Zbyszkiem, ale urzędnikiem państwowym, ministrem i to nie jakiegoś resortu od liczenia śledzi w Bałtyku, tylko jednego z najważniejszych ministerstw – Ministerstwa Sprawiedliwości, a jednocześnie Prokuratorem Generalnym.
Ten człowiek – pełniąc jedną z ważniejszych funkcji w rządzie – ma czelność robić wodę z mózgu telewidzom (co natychmiast powielają wszystkie publikatory) twierdząc na antenie telewizjii oligarchy Rydzyka ziejącego miłością chrześcijańską, że winni śmierci Barbary Blidy są członkowie partii do której należała.

Otóż nie, panie przemądrzały. Każdy obywatel – niezależnie od pańskich podejrzeń, czy oskarżeń i niezależnie od przynależności partyjnej – w momencie, kiedy do jego domu wchodzą – z nakazem rewizji i zatrzymania – funkcjonariusze “aparatu represji” reprezentujący państwo, ma prawo oczekiwać zapewnienia bezpieczeństwa, a obowiązkiem państwa jest zapewnić mu takie bezpieczeństwo. I nie ma tu żadnego tłumaczenia, a zwalanie winy na innych jest po prostu cyniczne.
Jeśli obywatel ginie w obecności funkcjonariuszy państwowych, winne jego śmierci jest państwo.
Barbara Blida – niezależnie od tego, czy była winna stawianych jej zarzutów, czy też nie – nie miała prawa zginąć w obecności funkcjonariuszy państwowych, będąc w tym momencie pod ich “opieką”.

Swoją cyniczną opinię (jeśli rzeczywiście pan w nią wierzy) może pan wygłaszać prywatnie, w gronie swoich kumpli, a nie jako przedstawiciel rządu reprezentujący państwo, do milionów obywateli.

W dzień po występie Zbigniewa Z. w jedynej słusznej telewizji, jego szef – w trakcie swojego tournee wyborczego po kraju, na wiecu poparcia dla przewodniej partii zorganizowanym w Łapach, po raz n-ty zaatakował społeczeństwo.

Nawiązując do SMS-owego żartu sugerującego odbieranie babciom dowodów, by nie mogły głosować, “złotousty” raczył oświadczyć:

“Krąży dowcip, żeby babci porwać beret przed wyborami. (…) – Ci, którzy tak mówią, podnoszą rękę na cały naród polski.”
Widać nie nauczył się całej kwestii. Podpowiadam więc: Tę podniesioną rękę – obetniemy.

Otóż Panie (jeszcze niestety) Premierze. Jestem starszym od Pana człowiekiem, jestem dziadkiem, jestem wreszcie Polakiem – obywatelem – członkiem narodu (czy to się Panu podoba, czy nie), który Pan ciągle obraża i oświadczam Panu, że żart ów – w przeciwieństwie do wielu pańskich wypowiedzi, które nie są żartami – w najmniejszym stopniu nie obraził mnie i nie traktuję go jako atak na mnie i na naród. Jestem przekonany, że tak myśli większość społeczeństwa.
Dla Pana, każdy kto nie bije przed Panem pokłonów i dla kogo zwoje mózgowe nie są jedynie wypełniaczem podstawki pod czapkę, beret, czy kapelusz, jest “hołotą”, ZOMO, członkiem “układu” i nie zasługuje na miano Polaka.
Kto Panu dał prawo do dzielenia społeczeństwa na “naród” (czytaj – Bender, Sobecka, Rydzyk, Kryże, Jasiński, Dorn, Wassermann…) i hołotę? Kto Panu dał do tego prawo?
Nie sądzę, żeby nawet ta część wyborców, która poparła pańskie ugrupowanie w wyborach, upoważniła Pana do ubliżania i dzielenia ich wg własnych, partykularnych interesów.
Mam nadzieję, że to już ostatnie dni uzurpowania sobie przez Pana takiego prawa.

W temacie “schowaj babci dowód” dzielnie wsparł swojego wodza Ludwik D. – “likwidator”, jak sam się nazwał i właściciel suki Saby (podobno zżarła państwowe meble, za których zniszczenie jej pan nie zapłacił).
W Sygnałach Dnia w Programie Pierwszym Polskiego Radia oznajmił, że taka “ekspansja luzackiego chamstwa w stylu młodzieżowym” jest czymś niepokojącym, zwłaszcza jeżeli staje się tematem debaty publicznej.
Dodał, że nie dotyczy to tylko młodzieży, gdyż tego typu styl przejmują wszystkie grupy wiekowe. Ludwik Dorn uważa, że za tym żartem stoi pogarda dla ludzi starszych. Wyraził przy tym zaniepokojenie, że inni politycy nie potępili tego “żartu”.

Panie D. Wyrazem chamstwa – jak pan to raczył nazwać – i pogardy nie tylko dla osób starszych, są pańskie wypowiedzi w stylu “ścierwojady”, “bure suki”, “wykształciuchy”, a nie żart internautów. Wypowiedzi “spieprzaj dziadu”, czy “ta małpa w czerwonym” są zapewne wg Pana zwrotami eleganckimi, w dobrym tonie, pieszczotliwymi, są wyrazem szacunku.
Jakoś dziwnie nie zauważył Pan potępienia innych polityków dla tego typu wypowiedzi, które żartami nie były, a oburza Pana, że nie potępili żartu internautów.

Czy oni naprawdę uważają społeczeństwo za skretyniałych, odmóżdżonych poddanych, “ciemny lud”, który “kupi” każde ich kłamstwo i w podzięce za każdą obelgę, za każdą bezczelność będzie bił pokłony i wznosił okrzyki “ave cezar”?

Jeśli chcemy czuć się pełnoprawnymi obywatelami we własnym kraju decydującymi o własnym życiu, jeśli chcemy być jednym narodem niezależnie od wiary, własnych przekonań, przynależności do różnych grup społecznych, czy sympatii politycznych, pójdźmy 21 października do wyborów – “zabierzmy im brzytwę”.

h1

Spieprzać dziady

wrzesień 28, 2007

Jesteśmy narodem krezusów i mamy gest.
W dowód swej wdzięczności – my, społeczeństwo – zafundowaliśmy Pierwszej Osobie i towarzyszącej jej kilkudziesięcioosobowej grupie kilkudniową wycieczkę – która nie miała nic wspólnego z kampanią wyborczą – do kraju bizonów i hamburgerów, z noclegami w najdroższym hotelu świata (od 600 dolarów za dobę).
Ale co tam kilkadziesiąt osób świty Najjaśniejszego. My mamy szerszy gest. Zafundowaliśmy tym biedakom Jankesom imprezę dla siedmiu tysięcy osób – nic wspólnego z kampanią wyborczą – pod dumną nazwą “Polska dla Chicago”.

Jak wyliczył serwis wiadomosci24.pl, wynajęcie na jeden wieczór sali w Millenium Park wraz z obsługą to ok. 100 tys. dolarów, wynajęcie autobusów, którymi dowożono Polaków i VIP-ów na koncert mogło kosztować nawet ok. 15 tys. dolarów. Kolejne tysiące pochłonęły gaże artystów.

A co, niech wiedzą, że “Polska rośnie w siłę, a ludziom żyje się dostatnio”, a jeśli wyjeżdżają z kraju, to dlatego, że im się w głowach poprzewracało od tego dobrobytu i szukają wrażeń za oceanem.
Feta – bez żadnego związku z kampanią wyborczą przewodniej partii, co jest oczywistą oczywistością – dla siedmiu tysięcy szczęśliwców, którzy dostąpili zaszczytu uczestniczenia w niej – była udana. Wystąpił sam kwiat polskiej estrady, m.in. Jan Pietrzak, Piotr Szczepanik, Justyna Steczkowska, a także Lech Kaczyński i Nelly Rokita (bez związku z kampanią wyborczą). Podobno właśnie Nelly zebrała największe owacje zebranej publiczności.
Najjaśniejszy natomiast obiecał, że co najmniej raz w roku będzie nawiedzał Chicago.
Pewnie, stać nas na to.

I ponownie te wredoty – dziennikarze, zamiast okazywać dumę z udanego wypadu polskiej grupy za ocean, zaczęli szukać dziury w całym.
A to ile nas to kosztowało, a to, czy nas na to stać… Jak by to miało znaczenie – jakieś marne kilkaset tysięcy dolarów.
Próbowali nawet uzyskać informacje na ten temat w Kancelarii Prezydenta i Ministerstwie Spraw Zagranicznych.
Ministerstwo odpowiedziało, że nie ma pojęcia, natomiast Kancelaria Prezydenta nie będzie odpowiadać na jakieś dziwne i nieprecyzyjne pytania.
Dokładnie wytłumaczył to tym hienom dziennikarskim sam “złotousty” Jarosław. Powiedział, że jego bratu należy się porządny hotel. Nie będzie przecież robił z siebie dziada. Już dość dziadostwa. Polska wreszcie wstała z klęczek i teraz świat musi się z nami liczyć. Bo my som pany.

A jak się komuś nie podoba, to… “spieprzaj dziadu”.

h1

"…ocalmy poziomki, zabierzmy mu brzytwę"

wrzesień 28, 2007

Niewiele czasu pozostało do publicznego – przed milionami gapiów – pojedynku pomiędzy Kwaśniewskim i Kaczyńskim. Trwają ostatnie ustalenia, sekundanci uzgadniają rodzaj broni, czas i miejsce tego widowiska.
Wszystko to wywołuje bezsilną wściekłość Donalda Tuska, że nie on jest bohaterem, który zmierzy się z Jarosławem. Nijak nie może pojąć, że tenże przyjął wyzwanie Kwaśniewskiego, a nie chce jemu stawić czoła, chociaż już wcześniej Kaczyński oznajmił, że nie ma zamiaru narażać na szwank swojej dumy i podejmować rękawicy rzuconej przez jakiegoś giermka, pardon – “pomocnika”, skoro może walczyć z jego szefem.
Ostatnio jednak zmienił zdanie. Przez heroldów przekazał wiadomość, że może pojedynkować się z “pomocnikiem”, ale pod warunkiem, że ten odejdzie ze służby u swojego pana i przysięgnie publicznie, że już nigdy, pod żadnym pozorem na tę służbę nie wróci. Jeśli tego nie zrobi, na zawsze pozostanie sługą swego pana i nie dostąpi zaszczytu obcowania z Jarosławem.

“- Niech Donald Tusk publicznie stwierdzi, że nigdy, pod żadnym pozorem, nie zawrze sojuszu z LiD. Chciałbym, żeby to powiedział, wtedy będziemy mogli rozmawiać. Jeżeli tego nie powie, to jest tylko pomocnikiem Kwaśniewskiego.”

W sumie jest mi absolutnie obojętne – “zwisa mi zimowym nietoperzem” jak mawiał Tomasz Nałęcz – co będą sobie wyznawać i jakie przysięgi składać Tusk z Kaczyńskim, ale interesujący jest fakt, że takiego publicznego oświadczenia żąda facet, który swojego czasu, sam wielokrotnie solennie obiecywał, że nie ma mowy o jego jakichkolwiek związkach z Andrzejem Lepperem, a czym się to skończyło i ile warte są jego “zasady” mieliśmy okazję przekonać się w ciągu minionych dwóch lat.
Zauroczeni władzą, zapomnieli bracia bliźniacy i ich dwór, że – jak mówi stare hiszpańskie przysłowie (może o nim nie słyszeli) – “im wyżej małpa się wspina, tym bardziej odsłania swój tyłek”.
“Ciemny lud” nie za bardzo chce już kupować każdą głupotę, jaką chce mu się wcisnąć.

Przypomnijmy jednak zasady Jarosława K. i jego obietnice, bo o nich również warto pamiętać 21 października.

- “Nie będzie koalicji z Samoobroną.”
- “Cieszę się, ze będę na pierwszej linii walki z Samoobrona.”
- “My w kolejnej kompromitacji i w otwieraniu Samoobronie drogi do władzy w Polsce uczestniczyć nie będziemy.”
- “Nie poprzemy nikogo z wyrokiem sądu lub przeciwko komu toczą się sprawy sądowe. To jest sprzeczne z ideałami PIS.”
- “Dla mnie, raz dane słowo, jest święte… “

Jeszcze wcześniej, znacznie wcześniej, a konkretnie 15 lipca 2003 r. zastanawiałem się, na czym polega “różnica kulturowa” pomiędzy braćmi sprawiedliwymi, a Lepperem, na którą powoływał się Jarosław.
Pisałem wtedy na swojej stronie:

::: Czas na IV RP :::

Aktualny wódz partii mającej w nazwie prawo – bliźniak Jarosław oświadczył, że konsoliduje całą opozycję do walki z SLD, “…by Polska miała rząd z prawdziwego zdarzenia”. W efekcie ma to doprowadzić do utworzenia IV RP. Do pomocy w tym zbożnym dziele wzywa wszystkie partie i ugrupowania z wyjątkiem SLD – co jest oczywiste, bo to “organizacja przestępcza” – i Samoobrony. Jakiekolwiek konsultacje z Samoobroną wyklucza ponieważ – jak się wyraził – “…jest między nami pewna bariera kulturowa”.
Nie wiadomo jaką barierę kulturową “prawy i sprawiedliwy” miał na myśli. Być może chodziło mu o słownictwo stosowane przez skompromitowanych polityków z obu partii.
Po jednej stronie słyszymy: bandyta – o byłym ministrze MSWiA, nierób – o prezydencie RP, debil – o Balcerowiczu.
Po drugiej – “notoryczny przestępca” – o Mieczysławie Wachowskim, “organizacja przestępcza” – o SLD, TKM (osławione “teraz k…a my”), czy “spieprzaj dziadu” do mieszkańca Pragi na spotkaniu z wyborcami przed wyborami samorządowymi.
I jedni i drudzy łamiąc niejednokrotnie prawo mają je w głębokiej pogardzie.
Przywódcy obu partii są częstymi gośćmi sądów w charakterze oskarżonych, ale lider Samoobrony nie pełnił funkcji Ministra Sprawiedliwości i Prokuratora Generalnego.
(…)
Im dłużej się zastanawiam, tym więcej widzę podobieństw pomiędzy partią “sprawiedliwych” jednojajowych, a partią Leppera.
Tak jedni, jak i drudzy – czego nie ukrywają – żądni są władzy i dążą do jej zdobycia łamiąc prawo zarówno na ulicy, jak i w parlamencie, stosując obelgi i oszczerstwa, z tym, że ci bardziej wykształceni – bardziej cynicznie.
Może na tym właśnie polega ta “różnica kulturowa”?
(15.07.2003)

Trzeba przyznać, że w ciągu czterech lat Kaczyńscy osiągnęli znacznie więcej, niż się spodziewali (”ciemny lud kupił” ich opowieści o świetlanej IV RP), a dzięki pomocy tych, którymi gardzą, zagarnęli władzę niemalże absolutną i bez skrupułów wykorzystują ją do walki ze swoimi przeciwnikami politycznymi, często niedawnymi sojusznikami.
Nie wzruszają mnie więc spóźnione żale “utrwalaczy władzy” – Tuska, Leppera, Giertycha, którzy nagle ocknęli się i lamentują, że zostali oszukani.

Mam tylko nadzieję, że wyborcy po dwóch latach “rządów” i “osiągnięć” egzotycznej koalicji dostrzegli wreszcie ów “odsłonięty tyłek” i przy urnach podejmą właściwe decyzje.

h1

WSTYD

wrzesień 27, 2007

Zbigniew Ziobro – swoim zwyczajem – zwołał 1578 konferencję prasową i raczył oznajmić:
“- Były prezydent daje nam powód do wstydu. Aleksander Kwaśniewski ma się za co wstydzić i z czego się tłumaczyć.”

Szanowny Panie – przejściowo ministrze – Ziobro.
Zapewne tak, pewnie Aleksander Kwaśniewski ma się czego wstydzić. Ale czy dał “nam” powód do wstydu? “Nam”, to znaczy komu?
Ma Pan na myśli siebie i aktualną ekipę rządzącą? Jeśli tak, to jest to hipokryzja, ponieważ uważam, że jesteście pozbawieni takiego uczucia jak wstyd.
Jeśli natomiast ma Pan na myśli społeczeństwo, naród, Polaków, to znaczy, że włącza Pan również mnie do swoich konferencyjnych manipulacji.
Otóż bardzo proszę nie wypowiadać się w moim imieniu. Stanowczo protestuję.

Mnie, a myślę, że i wielu Polakom – notorycznie powód do wstydu daje Pan i pańscy szefowie, a nie Aleksander Kwaśniewski, który na Ukrainie wypił o dwa kieliszki za dużo, czego nie pochwalam i uważam ten incydent za naganny. Podkreślam słowo incydent.

A tak na marginesie – nie mam zamiaru bronić Kwaśniewskiego, ale uważam, że nawet “pod wpływem”, mówi bardziej sensownie i bardziej zrozumiale (nawet w obcym języku) niż niejednokrotnie pański szef na trzeźwo (po polsku).

Wracając do wstydu.
To Pan z pańskim koniunkturalnym traktowaniem i – jak to ktoś nazwał – “ziobrzydzaniem” prawa, to pańscy mocodawcy – swoimi “rządami” i niemalże każdym swoim wystąpieniem – powodujecie, że stajemy się (o ile już nie jesteśmy) pośmiewiskiem Europy.

Mówi Pan o wstydzie?
Czyż to nie wstyd, że polski rząd występuje przeciwko własnemu obywatelowi (sprawa pani Tysiąc)?
Czyż nie jest wstydem, że rząd – jedyny w Europie – odmawia wpuszczenia obserwatorów OBWE podczas wolnych, demokratycznych wyborów?
Czy to nie wstyd, że premier niemalże codziennie ubliża Polakom, pomawia ich, szczuje jednych przeciw drugim, poniża sędziów, wykorzystuje prokuraturę do celów partyjnych?
Czy to nie wstyd, że Głowa Państwa odwołuje spotkanie “na szczycie” z powodu rozstroju żołądka spowodowanego artykułem na jego temat w jakimś brukowcu?
Czy nie jest wstydem, że europoseł z Polski (z rządzącej koalicji) na forum europarlamentu obraża Hiszpanów i ich godność gloryfikując faszystowskiego dyktatora Franco i kwestionuje teorię ewolucji?

Przykłady można mnożyć.
Niechże Pan – przynajmniej na koniec (mam taką cichą nadzieję) waszych rządów – zamilknie i nie opowiada o sprawach, o których nie ma pojęcia.
Wasi następcy będą mieli sporo roboty, żeby poprawić wizerunek Polski po waszej “demolce”. Wierzę, że im się uda – niezależnie od tego, komu wyborcy 21 października zlecą to zadanie.

h1

Rokita forever

wrzesień 25, 2007

Państwo Rokita dopięli swego. Są na ustach wszystkich, a pierwsze strony gazet i portale internetowe pełne są ich zdjęć i komentarzy na ich temat.
Dziennikarze absolutnie oszaleli na punkcie żony “premiera z Krakowa”.
Wszystkie inne wydarzenia zeszły na plan dalszy.
I o to właśnie chodziło. Wreszcie Jaś i Nel mogą czuć się dowartościowani. Cała Polska o nich mówi i choć przez chwilę ich nazwisko przyćmiewa nazwisko innej, najważniejszej rodziny.

Dziś nawet Jarosław Aleksander – jeszcze premier – wystąpił (mam nadzieję – społecznie) w roli tłumacza doradczyni swojego brata, a ściślej – jej wypowiedzi podczas debaty “Feminizm po polsku w XXI wieku”.
“- Pani Nelly Rokita w zeszłym roku podczas wykładu na Uniwersytecie Warszawskim w tonie sarkastycznym mówiła o tym, że za PRL-u rzeczywiście kobietom było lepiej, bo miały prawo do aborcji. I oczywiście to był żart. To było wyśmiewanie tezy, że za PRL-u kobietom było lepiej” – oświadczył “złotousty” podczas konferencji prasowej.

I słusznie. Trzeba tłumaczyć “hołocie” co “inteligencja” miała na myśli. Nie będzie “ciemny lud” po swojemu interpretował słów doradcy Pierwszej Osoby. Zgodnie z obowiązującą zasadą “jeden naród, jedna partia”, obowiązuje jedna prawda. Prawda wodza – “białe jest czarne”.

——

Fragment opinii na temat małżeństwa Rokitów dla tygodnika “Przegląd”, jednego z najbardziej znanych polskich psychologów – prof. Kazimierza Pospiszyla:

Dziennikarz:
- Czy może jest tak, że Jaś i Nel po prostu nie mogą żyć bez Polski i w odruchu wzajemności chcą, aby i ona nie mogła bez nich?

Profesor:
- Chyba tak, choć brzmi to trochę patetycznie! Sformułowałbym to nieco inaczej: nie mogą żyć bez podziwu ze strony innych, sądząc, że podziwiający nie potrafią bez nich żyć. Tak myśli wiele osób o wybujałym narcyzmie i stąd płyną najczęstsze ludzkie rozczarowania.

Polecam rozmowę Waldemara Piaseckiego z prof. Kazimierzem Pospiszylem w całości http://www.przeglad-tygodnik.pl/index.php?site=wywiad&name=265

h1

Podróż integracyjna

wrzesień 25, 2007

Pierwsza Osoba pofrunęła na kilka dni za ocean, zabierając na pokład “Air Force One” Nelly Rokitę.
Wredni dziennikarze natychmiast zaczęli spekulować, że jest to podróż w ramach kampanii wyborczej przewodniej partii i zaatakowali Głowę Państwa pytaniami.
Skoro w trakcie kampanii Prezydent zabiera do Stanów Nelly startującą w wyborach z listy PiS-u w Warszawie, a Polonia głosuje na listy warszawskie, to wg nich oczywiste jest, że nie polecieli tam żeby podziwiać Wielki Kanion.
Prezydent dzielnie dał odpór dziennikarskim insynuacjom i oświadczył, że jego podróż nie ma nic wspólnego z wyborami, bo nawet, gdyby miały się one odbyć za dwa lata, to i tak by poleciał. A skoro Prezydent mówi, że taka jest prawda, to mówi.
A jeśli chodzi o Nelly Rokitę, to zabrał ją, żeby wreszcie poznać osobę którą zatrudnił jako swojego doradcę, ponieważ dotychczas jej nie znał i nie miał bladego pojęcia kto mu doradza.

I tu ponownie ujawniła się moja ignorancja w temacie zasad obowiązujących w pałacu.
Wydawało mi się, że mój doradca powinien być osobą dobrze mi znaną, osobą, której ufam i polegam na jej zdaniu. Okazuje się, że byłem w błędzie.

Jak się zastanowić, to wydaje się to logiczne. W końcu nie mogą te same zasady obowiązywać “inteligencję żoliborską” i “ciemny lud”, “nas” i ZOMO, twórców IV RP i “hołotę” urodzoną w PRL-u.

Jednak w dalszym ciągu nie wiem, jakie zasady obowiązują przy doborze najbliższego personelu Głowy Państwa.
Zastanawiam się, jak też Nelly doradza swojemu chlebodawcy. Korespondencyjnie? Telepatycznie? A może przekazuje swoje rady przez firmę kurierską? Nie śmiem bowiem podejrzewać, że osoba, która kocha Polskę ponad wszystko, bierze “za frico” pieniądze jej podatników.

Jeszcze “Air Force One” z Pierwszą Osobą i Nelly Rokitą na pokładzie nie dotknął kołami płyty lotniska Kennedy-ego, a już te wredoty – dziennikarze wygrzebali fragment debaty “Feminizm po polsku w XXI wieku” z 15 marca 2006 roku. Podczas owej debaty Nelly Rokita, obecnie doradca do spraw kobiet prezydenta Lecha Kaczyńskiego, wypowiada się pozytywnie o aborcji. Nelly Rokita przyznaje, że “dla kobiet było za komuchów lepiej”.
Nie dość na tym. Osoba relacjonująca ową debatę, a podpisująca się “Farlaf” twierdzi: “- Na domiar złego okazało się, że pani Rokita mówi jak potłuczona, wiele już w życiu słyszałem, ale jej wypowiedzi były naprawdę chaotyczne, jak coś jej się przypomniało to od razu uciekała w kolejny wątek, nie dało się nawet wyczuć o czym chciała mówić, a co jest dygresją… Więc choć były wypowiedzi z publiczności, to było jedno wielkie(diabeł swoje, pop swoje)…”

Widać “Farlaf” (podobnie jak ja) kieruje się zasadami logiki “ciemnego ludu” i nie ma pojęcia o zasadach obowiązujących pałacowe “elyty” IV RP.

A swoją drogą, jeśli prawdą jest, że doradca Prezydenta pozytywnie wyraża się o aborcji, to Pierwsza Osoba coraz bardziej podpada swojemu szefowi z Torunia. Czy należy spodziewać się kolejnej reprymendy?

Pozdrawiam “Farlafa”.

h1

Gdzie spojrzeć – Rokita

wrzesień 23, 2007

Jak przewidywałem, nazwisko Rokita zagościło w naszych domach (i umysłach) na dobre. Można powiedzieć – domownicy. Dzień bez któregoś z Rokitów w mediach jest dniem straconym.

W sobotę, Nelly Rokita nawiedziła Rzeszów. Wraz ze swoim nowym szefem – w ramach jego tournee po kraju – pojechała agitować mieszkańców Podkarpacia do głosowania na swoją nową partię.
Wyznała, że kandyduje do Sejmu, bo kocha Polskę i chce połączyć się z Donaldem Tuskiem w Warszawie, żeby zrobić coś dobrego dla tego miasta – tak można podsumować jej wystąpienie na rzeszowskiej konwencji PiS-u.

Prawdę mówiąc trochę pogubiłem się w zawiłościach logiki pani Nelly, no bo:
1.
Nelly kandyduje, bo kocha Polskę. Jej małżonek zrezygnował z kandydowania, bo kocha Nelly,
ergo,
Jan Maria nie kocha Polski,
ergo,
Nelly nie kocha Jana Marii.
2.
Nelly informuje rzeszowskich wyborców, że wspólnie z Tuskiem chce robić dobrze Warszawie. (Zwolennicy PiS-u z Podkarpacia zapewne z wielką radością przyjęli to oświadczenie.) Z Tuskiem, którego jej szef uważa za jednego z tych, którzy na początku lat 90 “legitymizowali polityków z PZPR”, a których ew. wygrana w wyborach może doprowadzić do wprowadzenia stanu wojennego.

I tu nowa zagadka.
Kto mianowicie miałby wprowadzić ów stan wojenny? Czy już ta nowa władza po ew. wygranych wyborach, czy też obecnie rządzący bracia?

Przez jakiś czas wytężałem umysł, żeby to wszystko sobie jakoś poukładać, ale widać nie jestem przygotowany intelektualnie do uczestnictwa w takich “grach logicznych” i dałem sobie spokój. Mnie i tak nie muszą przekonywać, a na rozwiązywanie szarad duetu egzotycznego Nelly & Jarosław szkoda mi czasu. W końcu jest to problem wyborców z Podkarpacia.

Występ Marka Kuchcińskiego (on również uczestniczył w tej imprezie), który oświadczył: “Nie chcemy opozycji, która wstydzi się Polski”, można skwitować jednym zdaniem. Wystarczy, żebyście nie dawali powodów do wstydu.

Pozdrawiam Podkarpacie.

PS
Z jedną tezą z występu “złotoustego” Jarosława zgadzam się: “…w polityce głupota nie usprawiedliwia”.