Archiwum z wrzesień, 2007

h1

Spieprzać dziady

wrzesień 28, 2007

Jesteśmy narodem krezusów i mamy gest.
W dowód swej wdzięczności – my, społeczeństwo – zafundowaliśmy Pierwszej Osobie i towarzyszącej jej kilkudziesięcioosobowej grupie kilkudniową wycieczkę – która nie miała nic wspólnego z kampanią wyborczą – do kraju bizonów i hamburgerów, z noclegami w najdroższym hotelu świata (od 600 dolarów za dobę).
Ale co tam kilkadziesiąt osób świty Najjaśniejszego. My mamy szerszy gest. Zafundowaliśmy tym biedakom Jankesom imprezę dla siedmiu tysięcy osób – nic wspólnego z kampanią wyborczą – pod dumną nazwą “Polska dla Chicago”.

Jak wyliczył serwis wiadomosci24.pl, wynajęcie na jeden wieczór sali w Millenium Park wraz z obsługą to ok. 100 tys. dolarów, wynajęcie autobusów, którymi dowożono Polaków i VIP-ów na koncert mogło kosztować nawet ok. 15 tys. dolarów. Kolejne tysiące pochłonęły gaże artystów.

A co, niech wiedzą, że “Polska rośnie w siłę, a ludziom żyje się dostatnio”, a jeśli wyjeżdżają z kraju, to dlatego, że im się w głowach poprzewracało od tego dobrobytu i szukają wrażeń za oceanem.
Feta – bez żadnego związku z kampanią wyborczą przewodniej partii, co jest oczywistą oczywistością – dla siedmiu tysięcy szczęśliwców, którzy dostąpili zaszczytu uczestniczenia w niej – była udana. Wystąpił sam kwiat polskiej estrady, m.in. Jan Pietrzak, Piotr Szczepanik, Justyna Steczkowska, a także Lech Kaczyński i Nelly Rokita (bez związku z kampanią wyborczą). Podobno właśnie Nelly zebrała największe owacje zebranej publiczności.
Najjaśniejszy natomiast obiecał, że co najmniej raz w roku będzie nawiedzał Chicago.
Pewnie, stać nas na to.

I ponownie te wredoty – dziennikarze, zamiast okazywać dumę z udanego wypadu polskiej grupy za ocean, zaczęli szukać dziury w całym.
A to ile nas to kosztowało, a to, czy nas na to stać… Jak by to miało znaczenie – jakieś marne kilkaset tysięcy dolarów.
Próbowali nawet uzyskać informacje na ten temat w Kancelarii Prezydenta i Ministerstwie Spraw Zagranicznych.
Ministerstwo odpowiedziało, że nie ma pojęcia, natomiast Kancelaria Prezydenta nie będzie odpowiadać na jakieś dziwne i nieprecyzyjne pytania.
Dokładnie wytłumaczył to tym hienom dziennikarskim sam “złotousty” Jarosław. Powiedział, że jego bratu należy się porządny hotel. Nie będzie przecież robił z siebie dziada. Już dość dziadostwa. Polska wreszcie wstała z klęczek i teraz świat musi się z nami liczyć. Bo my som pany.

A jak się komuś nie podoba, to… “spieprzaj dziadu”.

h1

"…ocalmy poziomki, zabierzmy mu brzytwę"

wrzesień 28, 2007

Niewiele czasu pozostało do publicznego – przed milionami gapiów – pojedynku pomiędzy Kwaśniewskim i Kaczyńskim. Trwają ostatnie ustalenia, sekundanci uzgadniają rodzaj broni, czas i miejsce tego widowiska.
Wszystko to wywołuje bezsilną wściekłość Donalda Tuska, że nie on jest bohaterem, który zmierzy się z Jarosławem. Nijak nie może pojąć, że tenże przyjął wyzwanie Kwaśniewskiego, a nie chce jemu stawić czoła, chociaż już wcześniej Kaczyński oznajmił, że nie ma zamiaru narażać na szwank swojej dumy i podejmować rękawicy rzuconej przez jakiegoś giermka, pardon – “pomocnika”, skoro może walczyć z jego szefem.
Ostatnio jednak zmienił zdanie. Przez heroldów przekazał wiadomość, że może pojedynkować się z “pomocnikiem”, ale pod warunkiem, że ten odejdzie ze służby u swojego pana i przysięgnie publicznie, że już nigdy, pod żadnym pozorem na tę służbę nie wróci. Jeśli tego nie zrobi, na zawsze pozostanie sługą swego pana i nie dostąpi zaszczytu obcowania z Jarosławem.

“- Niech Donald Tusk publicznie stwierdzi, że nigdy, pod żadnym pozorem, nie zawrze sojuszu z LiD. Chciałbym, żeby to powiedział, wtedy będziemy mogli rozmawiać. Jeżeli tego nie powie, to jest tylko pomocnikiem Kwaśniewskiego.”

W sumie jest mi absolutnie obojętne – “zwisa mi zimowym nietoperzem” jak mawiał Tomasz Nałęcz – co będą sobie wyznawać i jakie przysięgi składać Tusk z Kaczyńskim, ale interesujący jest fakt, że takiego publicznego oświadczenia żąda facet, który swojego czasu, sam wielokrotnie solennie obiecywał, że nie ma mowy o jego jakichkolwiek związkach z Andrzejem Lepperem, a czym się to skończyło i ile warte są jego “zasady” mieliśmy okazję przekonać się w ciągu minionych dwóch lat.
Zauroczeni władzą, zapomnieli bracia bliźniacy i ich dwór, że – jak mówi stare hiszpańskie przysłowie (może o nim nie słyszeli) – “im wyżej małpa się wspina, tym bardziej odsłania swój tyłek”.
“Ciemny lud” nie za bardzo chce już kupować każdą głupotę, jaką chce mu się wcisnąć.

Przypomnijmy jednak zasady Jarosława K. i jego obietnice, bo o nich również warto pamiętać 21 października.

- “Nie będzie koalicji z Samoobroną.”
- “Cieszę się, ze będę na pierwszej linii walki z Samoobrona.”
- “My w kolejnej kompromitacji i w otwieraniu Samoobronie drogi do władzy w Polsce uczestniczyć nie będziemy.”
- “Nie poprzemy nikogo z wyrokiem sądu lub przeciwko komu toczą się sprawy sądowe. To jest sprzeczne z ideałami PIS.”
- “Dla mnie, raz dane słowo, jest święte… “

Jeszcze wcześniej, znacznie wcześniej, a konkretnie 15 lipca 2003 r. zastanawiałem się, na czym polega “różnica kulturowa” pomiędzy braćmi sprawiedliwymi, a Lepperem, na którą powoływał się Jarosław.
Pisałem wtedy na swojej stronie:

::: Czas na IV RP :::

Aktualny wódz partii mającej w nazwie prawo – bliźniak Jarosław oświadczył, że konsoliduje całą opozycję do walki z SLD, “…by Polska miała rząd z prawdziwego zdarzenia”. W efekcie ma to doprowadzić do utworzenia IV RP. Do pomocy w tym zbożnym dziele wzywa wszystkie partie i ugrupowania z wyjątkiem SLD – co jest oczywiste, bo to “organizacja przestępcza” – i Samoobrony. Jakiekolwiek konsultacje z Samoobroną wyklucza ponieważ – jak się wyraził – “…jest między nami pewna bariera kulturowa”.
Nie wiadomo jaką barierę kulturową “prawy i sprawiedliwy” miał na myśli. Być może chodziło mu o słownictwo stosowane przez skompromitowanych polityków z obu partii.
Po jednej stronie słyszymy: bandyta – o byłym ministrze MSWiA, nierób – o prezydencie RP, debil – o Balcerowiczu.
Po drugiej – “notoryczny przestępca” – o Mieczysławie Wachowskim, “organizacja przestępcza” – o SLD, TKM (osławione “teraz k…a my”), czy “spieprzaj dziadu” do mieszkańca Pragi na spotkaniu z wyborcami przed wyborami samorządowymi.
I jedni i drudzy łamiąc niejednokrotnie prawo mają je w głębokiej pogardzie.
Przywódcy obu partii są częstymi gośćmi sądów w charakterze oskarżonych, ale lider Samoobrony nie pełnił funkcji Ministra Sprawiedliwości i Prokuratora Generalnego.
(…)
Im dłużej się zastanawiam, tym więcej widzę podobieństw pomiędzy partią “sprawiedliwych” jednojajowych, a partią Leppera.
Tak jedni, jak i drudzy – czego nie ukrywają – żądni są władzy i dążą do jej zdobycia łamiąc prawo zarówno na ulicy, jak i w parlamencie, stosując obelgi i oszczerstwa, z tym, że ci bardziej wykształceni – bardziej cynicznie.
Może na tym właśnie polega ta “różnica kulturowa”?
(15.07.2003)

Trzeba przyznać, że w ciągu czterech lat Kaczyńscy osiągnęli znacznie więcej, niż się spodziewali (“ciemny lud kupił” ich opowieści o świetlanej IV RP), a dzięki pomocy tych, którymi gardzą, zagarnęli władzę niemalże absolutną i bez skrupułów wykorzystują ją do walki ze swoimi przeciwnikami politycznymi, często niedawnymi sojusznikami.
Nie wzruszają mnie więc spóźnione żale “utrwalaczy władzy” – Tuska, Leppera, Giertycha, którzy nagle ocknęli się i lamentują, że zostali oszukani.

Mam tylko nadzieję, że wyborcy po dwóch latach “rządów” i “osiągnięć” egzotycznej koalicji dostrzegli wreszcie ów “odsłonięty tyłek” i przy urnach podejmą właściwe decyzje.

h1

WSTYD

wrzesień 27, 2007

Zbigniew Ziobro – swoim zwyczajem – zwołał 1578 konferencję prasową i raczył oznajmić:
“- Były prezydent daje nam powód do wstydu. Aleksander Kwaśniewski ma się za co wstydzić i z czego się tłumaczyć.”

Szanowny Panie – przejściowo ministrze – Ziobro.
Zapewne tak, pewnie Aleksander Kwaśniewski ma się czego wstydzić. Ale czy dał “nam” powód do wstydu? “Nam”, to znaczy komu?
Ma Pan na myśli siebie i aktualną ekipę rządzącą? Jeśli tak, to jest to hipokryzja, ponieważ uważam, że jesteście pozbawieni takiego uczucia jak wstyd.
Jeśli natomiast ma Pan na myśli społeczeństwo, naród, Polaków, to znaczy, że włącza Pan również mnie do swoich konferencyjnych manipulacji.
Otóż bardzo proszę nie wypowiadać się w moim imieniu. Stanowczo protestuję.

Mnie, a myślę, że i wielu Polakom – notorycznie powód do wstydu daje Pan i pańscy szefowie, a nie Aleksander Kwaśniewski, który na Ukrainie wypił o dwa kieliszki za dużo, czego nie pochwalam i uważam ten incydent za naganny. Podkreślam słowo incydent.

A tak na marginesie – nie mam zamiaru bronić Kwaśniewskiego, ale uważam, że nawet “pod wpływem”, mówi bardziej sensownie i bardziej zrozumiale (nawet w obcym języku) niż niejednokrotnie pański szef na trzeźwo (po polsku).

Wracając do wstydu.
To Pan z pańskim koniunkturalnym traktowaniem i – jak to ktoś nazwał – “ziobrzydzaniem” prawa, to pańscy mocodawcy – swoimi “rządami” i niemalże każdym swoim wystąpieniem – powodujecie, że stajemy się (o ile już nie jesteśmy) pośmiewiskiem Europy.

Mówi Pan o wstydzie?
Czyż to nie wstyd, że polski rząd występuje przeciwko własnemu obywatelowi (sprawa pani Tysiąc)?
Czyż nie jest wstydem, że rząd – jedyny w Europie – odmawia wpuszczenia obserwatorów OBWE podczas wolnych, demokratycznych wyborów?
Czy to nie wstyd, że premier niemalże codziennie ubliża Polakom, pomawia ich, szczuje jednych przeciw drugim, poniża sędziów, wykorzystuje prokuraturę do celów partyjnych?
Czy to nie wstyd, że Głowa Państwa odwołuje spotkanie “na szczycie” z powodu rozstroju żołądka spowodowanego artykułem na jego temat w jakimś brukowcu?
Czy nie jest wstydem, że europoseł z Polski (z rządzącej koalicji) na forum europarlamentu obraża Hiszpanów i ich godność gloryfikując faszystowskiego dyktatora Franco i kwestionuje teorię ewolucji?

Przykłady można mnożyć.
Niechże Pan – przynajmniej na koniec (mam taką cichą nadzieję) waszych rządów – zamilknie i nie opowiada o sprawach, o których nie ma pojęcia.
Wasi następcy będą mieli sporo roboty, żeby poprawić wizerunek Polski po waszej “demolce”. Wierzę, że im się uda – niezależnie od tego, komu wyborcy 21 października zlecą to zadanie.

h1

Rokita forever

wrzesień 25, 2007

Państwo Rokita dopięli swego. Są na ustach wszystkich, a pierwsze strony gazet i portale internetowe pełne są ich zdjęć i komentarzy na ich temat.
Dziennikarze absolutnie oszaleli na punkcie żony “premiera z Krakowa”.
Wszystkie inne wydarzenia zeszły na plan dalszy.
I o to właśnie chodziło. Wreszcie Jaś i Nel mogą czuć się dowartościowani. Cała Polska o nich mówi i choć przez chwilę ich nazwisko przyćmiewa nazwisko innej, najważniejszej rodziny.

Dziś nawet Jarosław Aleksander – jeszcze premier – wystąpił (mam nadzieję – społecznie) w roli tłumacza doradczyni swojego brata, a ściślej – jej wypowiedzi podczas debaty “Feminizm po polsku w XXI wieku”.
“- Pani Nelly Rokita w zeszłym roku podczas wykładu na Uniwersytecie Warszawskim w tonie sarkastycznym mówiła o tym, że za PRL-u rzeczywiście kobietom było lepiej, bo miały prawo do aborcji. I oczywiście to był żart. To było wyśmiewanie tezy, że za PRL-u kobietom było lepiej” – oświadczył “złotousty” podczas konferencji prasowej.

I słusznie. Trzeba tłumaczyć “hołocie” co “inteligencja” miała na myśli. Nie będzie “ciemny lud” po swojemu interpretował słów doradcy Pierwszej Osoby. Zgodnie z obowiązującą zasadą “jeden naród, jedna partia”, obowiązuje jedna prawda. Prawda wodza – “białe jest czarne”.

——

Fragment opinii na temat małżeństwa Rokitów dla tygodnika “Przegląd”, jednego z najbardziej znanych polskich psychologów – prof. Kazimierza Pospiszyla:

Dziennikarz:
- Czy może jest tak, że Jaś i Nel po prostu nie mogą żyć bez Polski i w odruchu wzajemności chcą, aby i ona nie mogła bez nich?

Profesor:
- Chyba tak, choć brzmi to trochę patetycznie! Sformułowałbym to nieco inaczej: nie mogą żyć bez podziwu ze strony innych, sądząc, że podziwiający nie potrafią bez nich żyć. Tak myśli wiele osób o wybujałym narcyzmie i stąd płyną najczęstsze ludzkie rozczarowania.

Polecam rozmowę Waldemara Piaseckiego z prof. Kazimierzem Pospiszylem w całości http://www.przeglad-tygodnik.pl/index.php?site=wywiad&name=265

h1

Podróż integracyjna

wrzesień 25, 2007

Pierwsza Osoba pofrunęła na kilka dni za ocean, zabierając na pokład “Air Force One” Nelly Rokitę.
Wredni dziennikarze natychmiast zaczęli spekulować, że jest to podróż w ramach kampanii wyborczej przewodniej partii i zaatakowali Głowę Państwa pytaniami.
Skoro w trakcie kampanii Prezydent zabiera do Stanów Nelly startującą w wyborach z listy PiS-u w Warszawie, a Polonia głosuje na listy warszawskie, to wg nich oczywiste jest, że nie polecieli tam żeby podziwiać Wielki Kanion.
Prezydent dzielnie dał odpór dziennikarskim insynuacjom i oświadczył, że jego podróż nie ma nic wspólnego z wyborami, bo nawet, gdyby miały się one odbyć za dwa lata, to i tak by poleciał. A skoro Prezydent mówi, że taka jest prawda, to mówi.
A jeśli chodzi o Nelly Rokitę, to zabrał ją, żeby wreszcie poznać osobę którą zatrudnił jako swojego doradcę, ponieważ dotychczas jej nie znał i nie miał bladego pojęcia kto mu doradza.

I tu ponownie ujawniła się moja ignorancja w temacie zasad obowiązujących w pałacu.
Wydawało mi się, że mój doradca powinien być osobą dobrze mi znaną, osobą, której ufam i polegam na jej zdaniu. Okazuje się, że byłem w błędzie.

Jak się zastanowić, to wydaje się to logiczne. W końcu nie mogą te same zasady obowiązywać “inteligencję żoliborską” i “ciemny lud”, “nas” i ZOMO, twórców IV RP i “hołotę” urodzoną w PRL-u.

Jednak w dalszym ciągu nie wiem, jakie zasady obowiązują przy doborze najbliższego personelu Głowy Państwa.
Zastanawiam się, jak też Nelly doradza swojemu chlebodawcy. Korespondencyjnie? Telepatycznie? A może przekazuje swoje rady przez firmę kurierską? Nie śmiem bowiem podejrzewać, że osoba, która kocha Polskę ponad wszystko, bierze “za frico” pieniądze jej podatników.

Jeszcze “Air Force One” z Pierwszą Osobą i Nelly Rokitą na pokładzie nie dotknął kołami płyty lotniska Kennedy-ego, a już te wredoty – dziennikarze wygrzebali fragment debaty “Feminizm po polsku w XXI wieku” z 15 marca 2006 roku. Podczas owej debaty Nelly Rokita, obecnie doradca do spraw kobiet prezydenta Lecha Kaczyńskiego, wypowiada się pozytywnie o aborcji. Nelly Rokita przyznaje, że “dla kobiet było za komuchów lepiej”.
Nie dość na tym. Osoba relacjonująca ową debatę, a podpisująca się “Farlaf” twierdzi: “- Na domiar złego okazało się, że pani Rokita mówi jak potłuczona, wiele już w życiu słyszałem, ale jej wypowiedzi były naprawdę chaotyczne, jak coś jej się przypomniało to od razu uciekała w kolejny wątek, nie dało się nawet wyczuć o czym chciała mówić, a co jest dygresją… Więc choć były wypowiedzi z publiczności, to było jedno wielkie(diabeł swoje, pop swoje)…”

Widać “Farlaf” (podobnie jak ja) kieruje się zasadami logiki “ciemnego ludu” i nie ma pojęcia o zasadach obowiązujących pałacowe “elyty” IV RP.

A swoją drogą, jeśli prawdą jest, że doradca Prezydenta pozytywnie wyraża się o aborcji, to Pierwsza Osoba coraz bardziej podpada swojemu szefowi z Torunia. Czy należy spodziewać się kolejnej reprymendy?

Pozdrawiam “Farlafa”.

h1

Gdzie spojrzeć – Rokita

wrzesień 23, 2007

Jak przewidywałem, nazwisko Rokita zagościło w naszych domach (i umysłach) na dobre. Można powiedzieć – domownicy. Dzień bez któregoś z Rokitów w mediach jest dniem straconym.

W sobotę, Nelly Rokita nawiedziła Rzeszów. Wraz ze swoim nowym szefem – w ramach jego tournee po kraju – pojechała agitować mieszkańców Podkarpacia do głosowania na swoją nową partię.
Wyznała, że kandyduje do Sejmu, bo kocha Polskę i chce połączyć się z Donaldem Tuskiem w Warszawie, żeby zrobić coś dobrego dla tego miasta – tak można podsumować jej wystąpienie na rzeszowskiej konwencji PiS-u.

Prawdę mówiąc trochę pogubiłem się w zawiłościach logiki pani Nelly, no bo:
1.
Nelly kandyduje, bo kocha Polskę. Jej małżonek zrezygnował z kandydowania, bo kocha Nelly,
ergo,
Jan Maria nie kocha Polski,
ergo,
Nelly nie kocha Jana Marii.
2.
Nelly informuje rzeszowskich wyborców, że wspólnie z Tuskiem chce robić dobrze Warszawie. (Zwolennicy PiS-u z Podkarpacia zapewne z wielką radością przyjęli to oświadczenie.) Z Tuskiem, którego jej szef uważa za jednego z tych, którzy na początku lat 90 “legitymizowali polityków z PZPR”, a których ew. wygrana w wyborach może doprowadzić do wprowadzenia stanu wojennego.

I tu nowa zagadka.
Kto mianowicie miałby wprowadzić ów stan wojenny? Czy już ta nowa władza po ew. wygranych wyborach, czy też obecnie rządzący bracia?

Przez jakiś czas wytężałem umysł, żeby to wszystko sobie jakoś poukładać, ale widać nie jestem przygotowany intelektualnie do uczestnictwa w takich “grach logicznych” i dałem sobie spokój. Mnie i tak nie muszą przekonywać, a na rozwiązywanie szarad duetu egzotycznego Nelly & Jarosław szkoda mi czasu. W końcu jest to problem wyborców z Podkarpacia.

Występ Marka Kuchcińskiego (on również uczestniczył w tej imprezie), który oświadczył: “Nie chcemy opozycji, która wstydzi się Polski”, można skwitować jednym zdaniem. Wystarczy, żebyście nie dawali powodów do wstydu.

Pozdrawiam Podkarpacie.

PS
Z jedną tezą z występu “złotoustego” Jarosława zgadzam się: “…w polityce głupota nie usprawiedliwia”.

h1

Dziś dwa cytaty

wrzesień 22, 2007

“- 21 października, jeśli oni zwyciężą, jak niektórzy uważają, to nie będzie nowy 4 czerwca 1992 roku (ujawnienie “listy Macierewicza”), to będzie nowy 13 grudnia 1981 roku. (…) Dlatego my nie mamy wyjścia, musimy zwyciężyć, zwyciężyć nie trochę, ale całkowicie, zwyciężyć na tej ziemi , ale i w Polsce. Zwyciężyć, by Polska szła drogą wybraną w 2005 roku, by szła ku IV RP.”
Jarosław Kaczyński na konwencji PiS-u w Rzeszowie.

“- Ludzie ograniczeni a przy tym fanatycy stanowią plagę ludzkości. Biada państwu, w którym tacy ludzie mają władzę. Są nietolerancyjni i pozbawieni wszelkich skrupułów. Uważają, że cały świat kłamie, a tylko oni mówią prawdę.”
Mikołaj Gogol

Bez komentarza.

h1

"Marysiu, ja się z Marysią ożenię"

wrzesień 21, 2007

Po nominacji Nelly Rokity na doradcę Pierwszej Osoby i dramatycznym wyznaniu jej małżonka, miałem nadzieję, że na czas jakiś zniknie z mediów temat najsławniejszego w ostatnich dniach małżeństwa RP. Ale gdzie tam. Co wejdę na stronę internetową jakiegokolwiek portalu, jak z pudełka wyskakuje Rokita. Jak nie Jan Maria etc…, to Nelly.

Wczoraj był dzień Nelly.
Takie siedzenie w pałacu i doradzanie, to nie dla niej. Wprawdzie – jak zapewniała – bardzo się cieszy z tej nominacji, ale jeśli za długo nie będzie jej w telewizorze, to w końcu ludzie o niej zapomną, a do tego dopuścić nie może. No więc wybiera z szafy odpowiedni kapelusz i pojawia się przed tłumem dziennikarzy.

Wczoraj podobno miała kilka występów.
Czytam więc, co też doradca Pierwszej Osoby ma do zakomunikowania narodowi na temat kobiet. I cóż się dowiaduję? Ano, że chce być ponad podziałami politycznymi, a nowa funkcja to dla niej zaszczyt.
To już wiedziałem – że zaszczyt i że się cieszy. Czytam dalej.

Dalej, Nelly stwierdziła, że Partia Kobiet Gretkowskiej to poroniony pomysł, ale może z nią współpracować. Dowiedziałem się też, że będzie uczyła się od feministek. Nie dowiedziałem się wprawdzie, czego doradczyni ds. kobiet chce się uczyć od feministek, ale rozumiem głód wiedzy i chęć stałego dokształcania. Tylko, czy do pogłębiania wiedzy niezbędne jest piastowanie funkcji doradcy Pierwszej Osoby? Sądziłem, że kolejność jest raczej odwrotna. Najpierw zdobywam, lub pogłębiam wiedzę na jakiś temat, a dopiero później – jako specjalista – doradzam komukolwiek. Widać w pałacu panują inne zwyczaje. W końcu nie bywam w pałacach i mam prawo nie wiedzieć, jakie tam obowiązują zasady. Bo, że jakieś obowiązują, to już mnie zapewniono.

Na koniec Nelly Rokita oświadczyła, że kobiety i mężczyźni mogą coś osiągnąć tylko razem.
Do takiego wniosku – myślę sobie – doszli już Adam z Ewą i nie potrzebowali do tego żadnych doradców, chyba, że jako doradcę potraktować tego podłego węża, który podstępnie poczęstował kobietę feralnym jabłkiem.

Nie, to niemożliwe – pomyślałem. To nie może być wszystko, co ma do zakomunikowania narodowi doradca – bądź co bądź – Pierwszej Osoby.
I rzeczywiście. Nie minęło czasu wiele, a tu nowa sensacja.
Nelly startuje w wyborach parlamentarnych z list PiS-u. Wprawdzie nie wie jeszcze, czy zdecydować się na Sejm, czy Senat, ale wkrótce podejmie decyzję.
Sensacja? Jak dla kogo.
Już wcześniej informowała, że kusi ją, żeby zaryzykować. “- Ale mam na szczęście tak dużo pracy i zastanawiam się, czy powinnam to zrobić teraz, czy jednak poczekać i może później zrobić ten taki odważny krok.” – mówiła.
Widać uporała się już z ogromem pracy i nabrała odwagi.
A ponieważ ambicjami dorównuje mężowi, było do przewidzenia, że nie poprzestanie na jakimś tam doradzaniu.

A co z małżonkiem szanownej doradczyni? Jakoś trudno mi wyobrazić sobię Jana Marię etc… przy garach, gotującego makaron, ale kto wie? Jakieś dziwne skojarzenia ze scenami z filmu “Poszukiwany, poszukiwana” przychodzą mi do głowy, ale kudy tam Wojciechowi Pokorze do Jana Marii.
Chociaż, muszę się przyznać, że pierwsze, co mi przyszło na myśl podczas wspomnianego dramatycznego oświadczenia Jana Marii, to słowa “inżyniera” (nie pomnę nazwiska – świetna rola Czechowicza) z tegoż filmu: “- Marysiu, ja się z Marysią ożenię”.

Nie, dosyć już tych skojarzeń. Jakieś węże, filmy..
Wracamy do rzeczywistości i czekamy na kolejne występy małżeństwa Rokitów. A będzie ich przed wyborami – jak sądzę – coraz więcej.
Już prezes jedynej słusznej partii postara się o to.
Zaprzyjaźnione świstaki przebąkują coś o atrakcjach z udziałem asów przestworzy, ale to zapewne tylko zwykłe plotki.

Pozdrawiam wszystkich wyborców. Za miesiąc spotykamy się w lokalach wyborczych i “niech moc będzie z nami”.

h1

Paranoja

wrzesień 20, 2007

Dziennik “Dziennik” doniósł, że agenci CBA i ABW podczas swoich akcji posługują się legitymacjami policji, co powoduje, że prawdziwi policjanci są mocno wkurzeni, bo muszą nadstawiać tyłek za czyjeś harce i tłumaczyć społeczeństwu, że nie mają z nimi nic wspólnego.
W związku z tym, poseł SLD Tadeusz Iwiński zwrócił się do ministra Wassermanna – tego, co to miał koordynować pracę służb specjalnych, a w rzeczywistości podobno koordynuje pracę swojej sekretarki i kierowcy – z żądaniem wyjaśnień.
Minister odpowiedział, że służby specjalne mogą się podszywać pod kogo chcą. “- Agenci służb specjalnych mają prawo posługiwać się dokumentami, które ukrywają ich tożsamość.” Dodał jeszcze, że podobne zasady obowiązują także w wypadku innych dokumentów niż legitymacje czy dowody osobiste. Te same przepisy dotyczą też np. dokumentów jakiejś transakcji czy aktów notarialnych.

No, ładnie – pomyślałem. Do mnie co i rusz przychodzą jacyś dziwni ludzie i pokazując jakieś legitymacje, próbują mnie namówić a to na zmianę telefonu, to znów na kupno perfum dla żony, czy wspaniałego pokarmu dla kota. Kiedyś był nawet facet w czarnej sukience, wprawdzie bez legitymacji, ale za to z kajetem, w którym coś notował. Trzeba będzie zachować czujność.
Poszedłem do kuchni zrobić sobie kawę, aż tu nagle dzwonek do drzwi. Jakichś dwoje osobników z teczkami. Machnęli mi jakimiś legitymacjami i mówią, że chcieliby porozmawiać na temat moich preferencji muzycznych i co sądzę na temat jakiejś tam radiostacji.
Mając w pamięci słowa ministra od koordynacji służb, zapytałem: – A nakaz rewizji macie?
Spojrzeli na mnie jakoś dziwnie, i zaczęli się wycofywać.
Po ich odejściu obejrzałem dokładnie drzwi, czy przypadkiem nie podłożyli mi jakiejś pluskwy, czy innej stonogi. A wiadomo? Potem okaże się, że niemieckie służby specjalne doniosły polskim służbom, że jestem jakimś pedofilem, jak nie przymierzając Tymochowicz, lub kieruję grupą przestępczą powiązaną z politykami, oligarchami i sowieckimi agentami.

Paranoja? Niestety, zaczynamy w nią popadać.

h1

Białe jest czarne

wrzesień 20, 2007
“Kłamstwo nie różni się niczym od prawdy, prócz tego, że nią nie jest.” – Stanisław Jerzy Lec

W “Sygnałach Dnia” premier Jarosław powiedział, że Sikorski “nie mieścił się” w formule naprawy Rzeczypospolitej, którą chce przeprowadzić PiS. “- Jego działanie jako ministra obrony było takie, że chciał ludzi, którzy mieli patenty szkół GRU czy KGB, robić wysokimi dowódcami wojskowymi.
(…) – Sądzę, że w tej chwili pan Sikorski jest tam, gdzie może tego rodzaju koncepcje są lepiej przyjmowane, bo my ich nie akceptujemy.”

Były szef MON ździebko się zdenerwował, że prezes chce mu przypiąć łatkę ruskiego agenta i oświadczył:
“- Cieszę się, że pan premier Kaczyński stworzył możliwość testu swojej prawdomówności. Wzywam go, aby pokazał choćby jeden mój wniosek o awans generalski dla kogoś po szkole GRU czy KGB.
(…) – Jeśli nie pokaże, to opinia publiczna może dojść do wniosku, że zbyt łatwo szafuje się oszczerstwem.”

Panie ministrze, doskonale Pan wie, że – jak mawiał ks. Józef Tischner – są trzy prawdy. I to jest zapewne ta trzecia.
Prezes nic Panu nie pokaże, a opinia publiczna zapewne nie dojdzie do wniosku, o jakim Pan mówi, ponieważ – jak ktoś kiedyś powiedział – “ludzie są gotowi uwierzyć we wszystko, tylko nie w prawdę”, nawet w to, że g…o to różyczka. “Ciemny lud to kupi” – jak twierdzi Jacek “bulterier” Kurski.

Pozdrawiam Pana serdecznie, mimo, że nie jestem fanem również obecnej Pana partii.